Przez Internet do serca

Historia moich lodów wiśniowych

Parę wia­do­mo­ści, szyb­kie spraw­dze­nie dru­giej osoby, pro­po­zy­cja wspól­nej pizzy po całym dniu pracy — tak wła­śnie pozna­łem Obecną.

Chciał­bym, żeby ta histo­ria była magiczna, ale nie jest. Mógł­bym Wam wci­skać tek­sty, jak to — gdy po raz pierw­szy się spo­tka­li­śmy — chmury roz­stą­piły się na nie­bie i nie­po­zorna dziew­czyna stała przede mną ską­pana w zło­ci­stym bla­sku słońca. Kła­mał­bym jed­nak, oj kłamałbym.

Bo pozna­li­śmy się przez por­tal rand­kowy. Tak zwy­czaj­nie, po ludzku — przeklikiwałem profil po profilu i gdzieś tam trafiła się Ona. I zatrzy­ma­łem się na jakieś trzy sekundy, a potem prze­wi­ja­łem dalej. Dla jasno­ści, z jej zdję­ciem i opi­sem było wszystko w porządku, całość ide­al­nie speł­niała zasady dobrze uzu­peł­nio­nych danych w takim miej­scu. Jed­nak po pro­stu się nie zatrzymałem.

Wie­cie, to zupeł­nie jak w lodziarni: masz do wyboru dwie gałki, więc wodzisz wzro­kiem po całej wysta­wie, pro­sisz o nało­że­nie baka­lio­wych i tru­skaw­ko­wych, a tu się oka­zuje, że prze­ga­pi­łeś wiśniowe i jest ci póź­niej przy­kro. I pew­nie nawet bym nie zauwa­żył prze­ga­pie­nia swo­ich wiśnio­wych lodów, ale na szczę­ście ona ode­zwała się pierwsza.

Począ­tek był jakiś taki zwy­czajny, o fil­mach, codzien­no­ści oraz jedze­niu — roz­mowy łatwe do pro­wa­dze­nia oraz zapo­mnie­nia, jakich miliony. Za to do dziś wspo­mi­nam coś innego.

Pamię­tam, że gdy ją pierw­szy raz zoba­czy­łem, odgarniała niesforny kosmyk włosów, który jakby złośliwie nie dawał się ułożyć. Wia­domo, pierw­sze spo­tka­nie to zawsze pewien stres, czło­wiek chce wyglą­dać jak naj­le­piej, tym bar­dziej, że jesz­cze chwilę wcze­śniej nie wie­dzie­li­śmy, że się zoba­czymy. Pamię­tam, że się spie­szy­łem, bo jesz­cze chwilę wcze­śniej sie­dzia­łem sobie w fotelu, odpi­sy­wa­łem na wia­do­mo­ści i gra­łem na kon­soli, cie­sząc się wol­nym dniem. A tu sam nie wiem kiedy i jak, roz­mowa zeszła na jedze­nie oraz jej plany na wieczór:

- Zaraz muszę zro­bić kola­cję, jesz­cze do sklepu zajdę w dro­dze z pracy.
– Chodź na pizzę.
– Piszę się na to!

Tak zwy­czaj­nie, spon­ta­nicz­nie, nagle okazało się, że pierwsze spotkanie będzie już za piętnaście minut! No ale w sumie kie­dyś i tak musie­li­by­śmy spraw­dzić, czy nasz dobry kon­takt inter­ne­towy prze­trwa zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią.

Wszystko wciąż było na eta­pie lite­rek, bo Ona (wtedy będąca jesz­cze tylko… no wła­ści­wie nawet nie zna­jomą, sam do końca nie wiem kim) nie chciała mi podać swo­jego numeru tele­fonu. Z jed­nej strony byłem zasko­czony — bo zwy­kle nie było pro­blemu ze zdo­by­ciem jakie­goś głu­piego kon­taktu — z dru­giej: dobre wra­że­nie zro­biło na mnie dba­nie o wła­sną pry­wat­ność.

Ruszy­łem się więc z posta­no­wie­niem miłego spę­dze­nia wie­czoru i zje­dze­nia wspól­nego posiłku.

Piz­ze­ria, do któ­rej poszli­śmy, ucho­dzi za naj­lep­szy lokal na osie­dlu. Co zna­czy mniej wię­cej tyle, że jedze­nie jest tam co naj­wy­żej poprawne, na espresso kel­nerka mówi „eks­presso”, a żeby łaska­wie pode­szła po zamó­wie­nie, trzeba do niej wła­ści­wie machać ze sto­lika. Ale przy­naj­mniej było blisko.

Prze­sie­dzie­li­śmy tak godzinę czy pół­to­rej, roz­ma­wia­jąc o wszyst­kim i o niczym, wspól­nie zauwa­ża­jąc potknię­cia obsługi i pijąc prze­ciętną kawę. Wyda­wa­łoby się, normalna, niemal poradnikowa, pierwsza randka.

Pierwsza randka - pierwsza kawa

A potem była druga w nocy. Bo wła­śnie wtedy skoń­czy­li­śmy nasze spo­tka­nie. Dru­gie, zaraz następ­nego dnia (nie jestem zwo­len­ni­kiem „odcze­ki­wa­nia trzech dni na tele­fon”) podob­nie, tylko o godzi­nie trze­ciej. Dzień kolejny: jesz­cze póź­niej. Z całkiem normalnej znajomości zaczęło się tworzyć coś. I nikt tak naprawdę nie wiedział jeszcze, co to było, ale obojgu nam się podobało.

Bo jak mogłoby się nie podo­bać, skoro roz­sta­wa­li­śmy się tylko dla­tego, że „tak wypa­dało”? Roz­ma­wia­li­śmy, roz­ma­wia­li­śmy i prze­stać nie mogli­śmy. Mógł­bym Was okła­my­wać, że przy­no­si­łem jej kwiaty co ranek, śpie­wa­łem sere­nady pod oknem i nocami pisa­łem poematy. A my po prostu rozmawialiśmy. I tym siebie wzajemnie zdobywaliśmy.

Dość powie­dzieć, że od momentu naszego spo­tka­nia do chwili, w któ­rej piszę ten tekst, był tylko jeden dzień, gdy nie widzieliśmy się na żywo. Jeden dzień. Tylko dla­tego, że byłem gdzieś na dru­gim końcu województwa.

Kiedy pisa­łem o tym, jakich kobiet szu­kają męż­czyźni, pisa­łem o Niej. Nie wie­dzie­li­ście tego ani Wy, ani tak naprawdę Ona — cho­ciaż czyta nas, moje pisa­nie i Wasze komen­ta­rze, regularnie.

Frag­ment wpisu, który teraz czy­ta­cie, opu­bli­ko­wa­łem wcze­śniej na fanpage’u bloga. Poja­wił się pod nim komen­tarz Ani, do któ­rego chciał­bym się odnieść:

Każdy począ­tek z zasady jest dobry i miły… Z tym, że cała reszta jest rów­nież ważna.

Pamię­taj­cie, wpisy z życia prywatnego pojawiają się u mnie z opóźnieniem, ale dziś, z per­spek­tywy czasu mogę powie­dzieć, że cała reszta jest na razie w jak naj­lep­szym porządku. A co przy­nie­sie przy­szłość? Zobaczymy.

Trzeba ją teraz jakoś przed­sta­wić. Niech będzie U. Prawda, że ładnie? Koja­rzy­cie ją mię­dzy innymi stąd.

Leave a Reply

22 comments

  1. Karolina H.

    Ależ się wzru­szy­łam! Aż mi oczy zwil­got­niały! (zero iro­nii i zło­śli­wo­ści, no może tro­chę zazdrość, że u mnie się nic takiego nie wyda­rza ;-( :P) Wystar­czy życzyć szczę­ścia i oby tak dalej! 😀

    • Pan K.

      Dzię­kuję. Blog oczy­wi­ście będzie pisany dalej, wciąż uni­wer­sal­nie, żeby­ście nie tylko poczy­tali, ale i wycią­gnęli z tego coś dla sie­bie. Ale musia­łem już przed­sta­wić U., bo to mi otwiera drogę do pew­nych tematów :)

    • Tessa

      Under The Moon, Add A Pinch, Home Savvy A to Z, Deli­ght­fully Dowling, Sumo’s Sweet Stuff, Making the World Cuter, Mad in Cra­fts, Sap­di­nah­ri­ties, Skip To My Lou, A Southern Fairy­tale, All The Small Stuff, Giggles

  2. Dezynvoltura

    Histo­rie z por­tali rand­ko­wych z happy endem nie są wcale taką rzad­ko­ścią. Przy­kład? Spraw­dzony na sobie. Kilka klik­nięć, spoj­rze­nie na zdję­cia, kilka innych pro­fili, roz­mowa. Jedna, druga, trze­cia, słowa wymie­niane pomię­dzy innymi wia­do­mo­ściami. Trudna decy­zja na które iść spo­tka­nie, jeden roz­mówca mniej zain­te­re­so­wany, inny bar­dziej i jest — mały sto­lik w przy­jem­nym mroku pobli­skiej knajpki. Wcze­śniej kilka naprawdę mroź­nych minut przed wej­ściem (O ja głu­pia, pew­nie mnie wysta­wił!) i kilka naprawdę róż­nych sce­na­riu­szy (A może coś Mu się stało? Może jed­nak trzeba było dać swój numer tele­fonu, żeby nie cze­kać jak idiotka na mro­zie?). A póź­niej kilka naprawdę dłu­gich godzin spę­dzo­nych na roz­mo­wie o rze­czach nie­zbyt nada­ją­cych się na pierw­szą randkę (seryjni mor­dercy, tor­tury i inne przy­jem­no­ści…). Zamknię­cie knajpy, sza­lona decy­zja o prze­nie­sie­niu się do mojego miesz­ka­nia, orze­chówka z mle­kiem i sen o poranku. A zaraz potem kolejne spo­tka­nie, bo tych kilka krót­kich godzin wystar­czyło, by zatę­sk­nić. Kolejne zwy­cię­skie bitwy — o każdą wspólną chwilę, o każdą ode­rwaną od nie­bie­skich oczu myśl (żyć w końcu trzeba i pra­co­wać trzeba też). Coraz dłuż­sze „razem“, coraz krót­sze „osobno“, coraz wię­cej czasu w bez­piecz­nym schro­nie czte­rech ścian. Szczo­teczka do zębów, koszule, bluzki, koty, pies, rodziny, Święta. Cią­gle z emo­cjo­nal­nym nie­do­sy­tem, cią­gle z czu­ło­ścią widzianą jak w lustrza­nym odbi­ciu. I tak od nie­mal roku, no, może bez 5 dni. Naj­dziw­niej­szego roku, sza­lo­nego naj­bar­dziej też. I jed­nego z naj­lep­szych z tych 29, które wkrótce będę mieć na karku.

  3. A.

    Moja histo­ria jest podobna, o czym już Ci wspo­mi­na­lam. Co prawda nie pozna­łam M. na por­talu rand­ko­wym, a przez grę online. Zaczę­li­śmy pisać ze sobą na początku marca. Z początku jakoś nie cią­gnęło nas do sie­bie. Ja mia­łam chlo­paka (póź­niej narze­czo­nego) i myśla­łam, że M. ma dziew­czynę. A M. wyda­wało się, że jestem dziew­czyną „z wyż­szych sfer“ i nie jeste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni. Dopiero pod koniec lipca posta­no­wi­li­śmy się spo­tkać, ot tak, bez żadnych pod­tek­stów. I wtedy się zaczęło. Zwy­kle na pierw­szych spo­tka­niach z face­tami bywało jakoś tak nie­zręcz­nie, ciężko było zna­leźć temat do roz­mowy. Z M. było inaczej…jakbyśmy się znali od kilku lat, roz­ma­wiało nam się swo­bod­nie. Kolejne spo­tka­nie było następ­nego dnia, jakoś nie­wy­tlu­ma­czal­nie cią­gnęło nas do sie­bie. I mimo, że mia­łam wów­czas narze­czo­nego (nie ukła­dało nam się już od dłuż­szego czasu), to posta­no­wi­łam zary­zy­ko­wać. Teraz jestem już pra­wie pół roku z M. Jestem szczę­śliwa i niczego nie żałuję :)

  4. W.

    Nie­któ­rzy uwa­żają, że „pozna­wa­nie się“ w inter­ne­cie jest aktem despe­ra­cji samot­nego czło­wieka, poza tym wia­domo.. ste­reo­typ że albo sami „zbo­czeńcy“ albo „seryjni mor­dercy“.
    Jed­nak ja uwa­żam że por­tale ran­dowe i pozna­wa­nie się w inter­ne­cie jest i bezie coraz bar­dziej popu­larne. Ludzie spę­dzają wię­cej czasu przed kom­pu­te­rami w „wir­tu­al­nym świe­cie“ i myślę że jest to łatwiej­szy i szyb­szy spo­sób. łatwiej jest nam napi­sać do kogoś niż zaga­dać w realu. :)

  5. Magda

    cie­szę się Twoim szczę­ściem i życzę go całe mnó­stwo :) co do ludzi pozna­nych w sieci — znam 4 takie pary, jedni poznali się na por­talu rand­ko­wym, w zeszłym roku się pobrali i już nawet spo­dzie­wają się dziecka :) pozo­stałe 3 pary poznały się w grze online w którą gra­łam, pozna­li­śmy się wszy­scy w jed­nej gil­dii, byli to ludzie z innych miast ale posta­no­wili zary­zy­ko­wać i z tego co wiem — układa im się bar­dzo dobrze :)

    • Jerry

      Great post. You are spe­aking into my life. I dealing with some fear these days… and your post is an enn­ta­ru­ge­meco. I guess my bus isn’t fully resto­red either. thanks!

  6. świntuch

    Jak opi­su­jesz tak te początki to brzmi zna­jomo. Choć nie była to zna­jo­mość z inter­netu. Taka magia, roman­tyzm, wszystko nabiera kosmicz­nego tempa…i? I wła­śnie pil­nuj się i dbaj o swoją U, by cho­ciaż u Cie­bie zakoń­cze­nie było szczę­śliwe. Szczęścia :-)

    • Leatrice

      I think you’ve mana­ged to write one great article here. You have touched on many sound points that have made me really think. There’s nothing bet­ter than thvhugt-proooking infor­ma­tion. I really enjoyed reading your article.

  7. MAGDALENA

    Aż miło się czyta :) Też w końcu bym chciała zna­leźć drugą połówkę…

    • Trudy

      When the storms come we just have to keep our eyes fixed on HIM, what He IS doing and remem­ber all that He has done. I am thank­ful He is sho­wing Him­self strong in your situ­ation and in your fr#&iden39;s situ­ation now. May He con­ti­nue to bring you peace and strength.

      • Lawanda

        Thank God! Soenome with bra­ins speaks!

  8. Magda

    Nigdy nie wie­rzy­łam w takie histo­rie. Trzy i pół roku temu w napa­dzie wście­kło­ści na ex męża i jego nowe życie zało­ży­łam konto na por­talu rand­ko­wym. Efekt? Od dwóch i pół roku mam wspa­nia­łego męża, two­rzymy pat­chwor­kową rodzinę wraz z moją córką i naszą wspólną córką. Zarze­ka­łam się, że nigdy wię­cej. Teraz wiem, że warto było zary­zy­ko­wać o 2 w nocy na pierw­sze, spon­ta­niczne spotkanie :)

  9. Dominika

    Gra­tu­luje i życzę Wam szczę­ścia :) Ja też pró­buje na por­ta­lach rand­ko­wych, ale na razie nie udało mi się kogoś „cie­ka­wego“ dla mnie zna­leźć. Jed­nak pró­buje i się nie pod­daje, może się udać albo nie, ale pró­bo­wać warto :).

  10. Kasia

    Dzień dobry, Panie K.!

    Chcia­łam z całego serca podzię­ko­wać za ‚odcza­ro­wa­nie’ por­tali rand­ko­wych. Tro­chę trąci hipo­kry­zją, ale sama z tako­wego korzy­sta­łam, będąc jed­no­cze­śnie pogrą­żoną w sta­nie głę­bo­kiej żenady — spo­wo­do­wa­nej przez ste­reo­typ, że przez inter­net związ­ków szu­kają chyba tylko życiowi nie­udacz­nicy i ludzie, z któ­rymi ‚coś jest nie tak’. Punkt kul­mi­na­cyjny zaże­no­wa­nia przy­szedł, gdy wła­śnie za pomocą por­talu rand­ko­wego pozna­łam swo­jego Obec­nego, z któ­rym jestem już jakiś czas i póki co wszystko nie­zmien­nie idzie ku dobremu. Takie zde­rze­nie mię­dzy wewnętrzną oceną inter­ne­to­wych zna­jo­mo­ści jako ‚ułom­nych’, a rze­czy­wi­sto­ścią — bo prze­cież sama jestem w związku, który roz­kwitł na bazie zna­jo­mo­ści wir­tu­al­nej, a niczego mu nie bra­kuje. I gdzieś w mię­dzy­cza­sie natknę­łam się na cykl ‚wir­tu­alne randki’, który pochło­nę­łam na jeden kęs. Zmie­nił moje myśle­nie o 180 stopni. Już nie szu­kam wykrę­tów od odpo­wie­dzi na pyta­nie: ‚jak się pozna­li­ście?’. Prze­sta­łam się wsty­dzić, że przez inter­net. Może głu­pia sprawa, ale wewnętrz­nie naprawdę dużo mi to dało. Przede wszyst­kim pomo­gło roz­pra­wić się z poczu­ciem, że zwią­zek z moim uko­cha­nym Obec­nym, z jakie­goś powodu, jest mniej war­to­ściowy niż inne, jakby niż­szego sortu. I naprawdę, naj­więk­szą zasługę w tej zmia­nie podej­ścia na zdrow­sze, nor­mal­niej­sze, miała wła­śnie lek­tura Two­ich wpi­sów, Panie K.

    Pozo­staję w sta­nie nie­opi­sa­nej wdzięczności.

    • Sandy

      Don’t show any­one that you have a smart­phone unless you’re in a safe place. Thugs from distres­sed neho­ib­gr­ho­ods such as Oakland and Rich­mond come to Cal to rob stu­dents of all kinds of electronics.

  11. Paulina

    Kie­dyś sama byłam prze­ciw­niczką zawie­ra­nia zna­jo­mo­ści przez Inter­net, ponie­waż zawsze zasta­na­wia­łam się czy po dru­giej stro­nie znaj­duje się ta osoba, którą widzę na zdję­ciach i czy w rze­czy­wi­sto­ści jest fak­tycz­nie tym za kogo się podaje.
    Dopiero, gdy M. pod­czas jed­nej z wielu roz­mów na cza­cie zapro­po­no­wał mi spo­tka­nie, stwier­dzi­łam że czas prze­ko­nać się czy w rze­czy­wi­sto­ści też będziemy potra­fili roz­ma­wiać ze sobą zarówno o waż­nych spra­wach jak i o bła­host­kach. Oka­zało się, że nie jest to takie trudne, a nasze dłu­gie roz­mowy zaowo­co­wały przy­jaź­nią, która ist­nieje już od kilku lat. :)

  12. lili_k

    Heh, z Two­jej opo­wie­ści wygląda, że to takie pro­ste… :) Bar­dzo się cie­szę, że w udało się spo­tkać U, mam nadzieję, że dal­sze Wasze losy będą roz­wi­jały się w odpo­wied­nim kie­runku. Bar­dzo mi się podoba ten frag­ment o Waszym pod­ję­ciu decy­zji z minuty na minutę o spo­tka­niu:) Idziesz po kola­cję, a to chodźmy razem na pizzę:)

    A kto to zapro­po­no­wał, ona czy Ty? Ja chyba aż tak spon­ta­nicz­nie bym się nie odwa­żyła. Jak pozna­wa­łam face­tów na mydwoje, to bywało, że to ja pro­po­no­wa­łam pierw­sza spo­tka­nie, ale to nie tak spon­ta­nicz­nie. Uma­wia­li­śmy się na kolejne dni. Ale bar­dzo cenię sobie spon­ta­nicz­ność, dla­tego podo­bał mi się ten frag­ment Waszej historii.

    Mam nadzieję, że wszystko poto­czy się dobrze, będę trzy­mała za Was kciuki, będzie­cie kolej­nym przy­kła­dem, że zna­jo­mo­ści z por­tali rand­ko­wym mogą prze­ro­dzić się w coś poważ­nego, tak jak było u mnie :)

    • Pan K.

      Spo­tka­nie? Samo spo­tka­nie zapro­po­no­wa­łem ja, ale to był taki mega spon­tan — na FB prze­szli­śmy tego samego dnia, ona aku­rat koń­czyła pracę i się oka­zało, że jest jakoś bli­sko mnie, więc… no rzu­ci­łem pomy­słem wspól­nej pizzy.

      Cho­ciaż muszę przy­znać, że biłem się z myślami wtedy — aku­rat ogry­wa­łem cał­kiem fajną grę na konsoli 😉

  13. Libby

    No wor­ries, bil­lions of pounds of public monies can be used to deve­lop frac­king and other more costly and despe­rate measu­res of extrac­tion. As usual, the public will foot the bill, incur &##ua0;22sterity&88221; and watch as BigOil rakes in the pro­fits. Socia­lism for the Bigs, F-You to eve­ry­one else. It’s a great sys­tem; neo-fascist klep­to­cracy. A strange blend of neo-Feudalism and neo-Fascism.